Budzi nas deszcz. Rzęsisty nieprzerwany deszcz pada od kilku godzin i co robić? Chyba nici z wycieczki... Walter ma po nas przyjechać o 9ej i pomóc przewieźć nasze rzeczy do El Colibri a potem mamy płynąc Amazonką w dżunglę. Ale w taki deszcz ? Cóż, okaże się czy przyjedzie, na razie trzeba coś zjeść. Śniadanie było wliczone w cenę pokoju więc idę do recepcji i pytam gdzie można je zjeść. W recepcji trzech kolesi ogląda telewizje i patrzą na mnie jak na jakąś dziwną. Jakie śniadanie, przecież pada deszcz. Kucharz nie dotarł do hotelu bo przecież pada, więc nie ma śniadania. No nie, ja chcę kawę a oni sobie spokojnie oglądają telewizję ! to chyba tylko tu możliwe... siedzi trzech kolesi na recepcji i nie ma komu podać kawy i bułki bo pada przecież deszcz ???? w końcu idą do kuchenki i walczą z ekspresem do kawy, ale na szczęście dociera kucharz i przyrządza nam pyszniutką jajecznicę. Ale i tak zmieniamy hotel. Jedziemy do nowego hotelu zostawić rzeczy, ulicami płyną już sterty śmieci, potem już prosto do portu. Gdy speed-boatem wyruszamy za miasto nadal pada, ale już niedługo słonko wychodzi zza chmur. Po dwóch godzinach docieramy do małego miasteczka, nie pamiętam nazwy, gdzie mamy krótki postój a potem już niedługo skręcamy w Tapirę i oczom naszym ukazuje się nasz Raj, czyli Chullachaqui Lodge. Wygląda trochę inaczej niż na zdjęciach oglądanych jeszcze w Polsce, bo wszystko jest pogrążone w wodzie. No tak, przecież to jeszcze pora deszczowa, kilka metrów podniosła się woda, ale domki na palach, więc nawet wygląda to super, taka maleńka osada na wodzie, kilka domków.połączonych pomostem i urocza bawialnia z hamakami i tarasem, skąd widok na taplające w rzece delfiny. Walter wysiada z łódki pierwszy, po drabince wspina się na pomost i wyjmuje z kieszeni klucz. Co? otwiera sam , więc to znaczy, że nikogo tu nie ma. Dokładnie tak, okazuje się że będziemy jedynymi mieszkańcami lodga. Nie ma żadnej recepcji, nie ma restauracji, coctail-baru i tych innych dupereli co zawsze w resortach. Wprost niewiarygodne, pozostaniemy tu samiuteńcy, tylko ptaki drą się wniebogłosy z zawieszonych tuż obok na drzewie gniazd. Walter pozamiatał pomosty, w międzyczasie dotarła łodzią kucharka z pobliskiej wioski wraz z Raulem, który ma być naszym przewodnikiem po dżungli.