Ostrzegano nas, żeby w żadnym wypadku nie korzystać w Meksyku z metra ( bo kradną i napadają ) ani też z małych taksówek - stare Garbusy VV ( bo oszukują i wywożą za miasto ) . Cóż, najpierw sprawdzamy metro.Okazuje się, że jest czysto, wygodnie i bezpiecznie. Można tu także tanio zjeść, tu zajadamy się najlepszymi pod słońcem quesadillas. Zwiedzamy Zona Rosa i utwierdzamy się w przekonaniu, że nasza noclegownia jest bardziej klimatyczna, tu jest owszem ładnie ale tak bardziej europejsko.
Na ulicach przystojniacy z kilogramem brylantyny czy jakiegoś żelu na głowie, czyste, wyprasowane koszule, koniecznie z długim rękawem i niewiarygodnie wypolerowane buty. O to zresztą nie trudno, bo tylu czyścibutów na ulicy nigdzie chyba nie ma. Kobiety owszem, owszem, duże piersi i szerokie biodra, figurą się raczej nie mogą poszczycić, to chyba kwestia ich diety ( fasola do każdego posiłku, pod każdą postacią, no i te ich placki! ) ale niewiarygodnie uśmiechnięte sprawiają wrażenie szczęśliwych. Zresztą na ogół Meksykanie, niezależnie od statusu majątkowego, wyglądają na zadowolonych z życia. Spotykamy wielokrotnie matki lub ojców z malutkimi dziećmi, ale zawsze na ręku, nie widzieliśmy ani jednego wózka dziecinnego, dziwne.
Centrum miasta to plac Zocalo, kiedyś miejsce azteckich ceremonii, teraz tętni gwarem turystów, miejscowej młodzieży i handlarzy pamiątek. Czarownicy, szamani i uzdrowiciele dusz oferują przechodniom swoje usługi a taki seans robi nawet wrażenie, ale sami nie oddajemy się w ich ręce choć może to błąd. Zwiedzamy ogromną Catedral Metropolitana. Na dziedzińcu pomnik Ojca Świętego, tren Jego szaty wykonany z setek kluczyków, są też jakieś kłódeczki a nawet nożyczki. Idziemy dalej. Ruiny Tenochtitlanu, przypadkowo odkryte i choć częściowo tylko odrestaurowane dają wyobrażenie niegdysiejszej potęgi azteckiego imperium.